Jakiś czas temu trafiła owa książka w moje ręce. Dwie okładki, bo otwierana z dwóch stron. Pięćdziesiąt parę stron części "czerwonej" to sztuka Krakowa, pięćdziesiąt parę stron części "zielonej" wypełniają teksty związane ze sztuką Wrocławia. Od razu oczy zapaliły mi się na ten Kraków, bo przecież choć akapit dot. Macieja Maleńczuka musiał się w takiej publikacji - podsumowującej dorobek artystyczny dawnej stolicy Polaków - znaleźć. "Takiej", czyli opłaconej. Książka ta przypomina folder reklamowy; bardzo profesjonalnie wydaną wizytówkę opłaconą za część grantu przeznaczonego na działalność kulturalną obu tych wielkich rodzimych miast, monstrualnie wręcz bogatych sztuką i środowiskami artystycznymi wszelakiego typu. Przecież - cytując Maleńczuka z podcastu Kasi Nosowskiej - "W Krakowie jest tego pełno: drugo, trzecio, czwartorzędnych autorów scenariuszy, których nigdy nie nakręcono, itd... Jest tego trochę: kopnij w śmietnik i wyjdzie scenarzysta" - zagadnął kiedyś były bard Krakowa o nadpodaży krakowskich artystów, którzy z uporem i bez sukcesów starają się parać sztuką i z niej (wy)żyć. M.M. nie był wcale odosobnionym przypadkiem na tej wyboistej ścieżce. W wideo-rozmowie dla portalu Zwierciadło, Beata Biały przedstawiła Macieja w te słowa:
BB: Gość z ulicy, z więzienia, ze sceny...
MM: Ale zawsze miałem wrażliwą duszę... Po prostu rzeczywistość dookoła mnie była bardzo zła, niedobra. Wcale mi nie sprzyjało wszystko to, co mnie otaczało.
BB: Czyli musiałeś być twardym facetem.
MM: Wcale nie chciałem taki być. Mnie być może życie tak ukształtowało. Mi od samego początku wszyscy podstawiali nogi.
Nie ma. W książce-reklamie na temat prozatorsko-poetyckiej sztuki miasta Krakowa wydanej w 2016 roku nie ma pół słowa o poezji Maleńczuka, mimo tego, że pokolenie bruLionu zostało tam wspomniane, a nad Marcinem Świetlickim Jacek Olczyk piał z zachwytu, nawet cytując jego próbkę poetycką z chujem w treści.
