Brat Mariana umarł w marcu 2000 roku. De mortuis nihil... Stop(!), bo zamieniam się w autora-szpanera (tzn. tego młodszego Brandysa), który pretensjonalnie rzuca w tych swoich notatkach a to łaciną, a to francuskim bez przypisów. A ty się, Czytelniku, albo męcz, albo zacznij studiować filologię francuską bądź łacinę - przynajmniej zmądrzejesz. Przy takim podejściu autora równie dobrze można czytać Pamiętniki Paska. Naturalnie bez przypisów. O zmarłych tylko dobrze. Ale jeśli nieboszczyk był zarozumiałym kabotynem, czy trzeba o tym milczeć? Bo nieszczerości w tej książce jest dużo. I Brandys tego nie ukrywa: "Wspomniałem gdzieś, jak bardzo mnie martwi, że nie piszę całej prawdy o sobie (ale najlepszą)". Co i rusz usprawiedliwia się ze swojej literackiej przeszłości i własnych odczuć tego, w jaki sposób (mimo wielu lat francuskiej emigracji) jest w Polsce postrzegany przez "środowisko pensjonariuszy" dawnego Pen Clubu. Bo śmietanka literacka i ministerialna następnego pokolenia (już w XXI wieku) postąpiła z twórczością Kazimierza Brandysa w jeden (w sumie właściwy) sposób - jego książki wyleciały całkowicie z listy lektur. Czekać tylko, aż wylecą z bibliotek, bo wznowień nie ma od ponad piętnastu lat. Dzisiejsza młodzież, patrząc na fotografie Kazimierza Brandysa, z dużym
prawdopodobieństwem określi go jako "sympatycznego starszego pana". "Taki
sympatyczny dziadzio z pana Kazika. Ach, jaki poczciwy to człowiek". A człowiek ten - literat - był mendą nieprzeciętnej wielkości. Ze Słownika polskich przekleństw i wulgaryzmów autorstwa Macieja Grochowskiego:
W pierwszej połowie lat 50. z pewnością w Związku Literatów znalazło się kilka osób, które nie mówiły Brandysowi oczywiście: - Słuchaj, twoje postępowanie uważam za etycznie niewłaściwe. Po prostu wołali do gościa - Ty mendo! Był to człowiek jeszcze z tego pokolenia, które gwałt na nieletniej nazywało uwiedzeniem. Wg Brandysa Andrzej Karewicz dostał pajdę odsiadki za "uwiedzenie" córki jakiegoś dygnitarza. Autor Matki Królów na dwadzieścia lat wszedł w rolę pozbawionego zasad moralnych, zdolnego do szkodzenia innym. W imię czego? Własnej wygody? Bezpieczeństwa? Czy straumatyzowany wojną facet już do końca życia jest usprawiedliwiony od swoich etycznie ohydnych czynów?
menda - o kimś, czyje postępowanie mówiący uważa za etycznie niewłaściwe.
II wojna światowa - fundament, na którym zasadziło się przyszłe postępowanie i działalność Brandysa. Ten przedwojenny prawnik z inteligenckiej zasymilowanej rodziny żydowskiej został uwiedziony stalinizmem. Uwiedziony? Mimo wszystko zdecydowanie bardziej zaczadział (akurat tą) ideologią, bo inna po wojnie nie miała najmniejszych szans wygrać, a to oczywiście z faktu, że Ameryka - rękami prezydenta Frankilna Roosvelta społem z następcą - Harrym Trumanem - sprzedała Polskę pod wpływ działalności sowieckiej. Rosjan Brandys witał jak bohaterów-wyzwolicieli. Przeżył wojnę jako cywil na aryjskich dokumentach. Jego trauma objawiła się tym, że w ogarniętej potężną zawieruchą Warszawie zdał sobie sprawę, że jest w miarę bezpieczny, że nie grozi mu śmierć, o ile tylko nie ujawni faktu, że jest polskim Żydem. Przez te kilka lat wchodził przecież Brandys w przeróżne relacje międzyludzkie, wiedzieli, jakim jest człowiekiem, nabierali do niego sympatii... Ale ta jedna rzecz... Gdyby wyszło na jaw, że jest polskim Żydem, przeważyłaby o tym, czy przeżyje, czy nie. Po wojnie więc miał Brandys jeden cel - co by się nie działo - nie dopuścić do władzy brunatnej prawicy w typie narodowej demokracji.
Po przyjeździe do powojennej Warszawy w 1949 roku (...) od razu dostałem się w tryby organizacji literacko-partyjnej (str. 19). "Dostał się w tryby" - cóż za zgrabny eufemizm. A przecież w sposób wyrachowany, z premedytacją, doświadczony 33-letni koń bez mrugnięcia okiem wziął udział przy zaciskaniu trybów aparatu represji.
Redaktor rozmawia z Marysią, żeby opisała lata 1949-1955, gdy mieszkaliśmy na Iwickiej w domu przydzielonym "Kuźnicy" przez Jerzego Borejszę. Maria wspomina z ferworem anegdoty o tej garstce ludzi, którzy wówczas nie zdawali sobie sprawy, że za kilka lat staną przed murem socrealizmu (str. 27). Tu Brandys też celowo nie napisał całej prawdy, że staną się murem socrealizmu.
Andrzej Kijowski w drugim tomie swojego "Dziennika", napisał o mnie, że sprzymierzyłbym się z diabłem, aby tylko w Polsce nie rządziła endecja. To prawda. Po roku 1945 sprzymierzyłem się z diabłem. Na dziesięć lat (str. 58-59). I znów niedopowiedzenie, bo minimum na dwadzieścia. Nawet referat Chruszczowa o zbrodniach Stalina nie pomógł Brandysowi się wycofać z bycia częścią założycielską systemu.
Tuż po wojnie ideologię socrealizmu wbijały więc w społeczeństwo mendy ubrane w garniaki, podwiązane (te mendy i te garniaki) zwisem męskim prostym. Zaczadzony komunizmem Brandys nie był jednak personą na miarę choćby Harry'ego Belafonte - amerykańskiego mistrza calypso i komunisty pełną gębą. Amerykańscy komuniści a komuniści "nasi" to jak porównywanie dłuta i przecinaka: amerykański komunista delikatnym dłutem, niemalże z czułością zarysowywał potrzeby robotnika w budujących się miastach i podkreślał idee działalności społecznej; a rodzimi stalinowscy z "Kuźnicy" rozpierdalali polską kulturę tępym przecinakiem (patrz: płaskorzeźba autorstwa Władysława Strzemińskiego z łódzkiej kawiarni Egzotyczna zniszczona w 1951 roku). Socjalne wołania amerykańskich robotników zapoczątkowane w Chicago w 1886 roku to coś zgoła odmiennego niż rodzimy krótki aparatczyk wespół z armią małych naganiaczy i politruków literackich, przeznaczonych przez stalinowców do napierdalania po głowie tępą propagandą.
Apogeum pierwszej połowy lat. 50 ściągnęło na polską kulturę mroki "kultury socrealizmu", w których to działaniach ochoczo i bez specjalnej zachęty brał udział Brandys - przed śmiercią Bieruta, przed poznańskim czerwcem '56, przed powrotem za partyjne stery towarzysza "Wiesława" - piewca władzy, z charakteru i działań na rzecz owej propagandy obrzydliwie obślizgły typ. Literatczyk z magazynu "Kuźnica", w którym mendy (właśnie w typie Brandysa) bardzo mocno nastawione były na ukształtowanie tego nowego człowieka, którego sowieci (wy)hodowali pod nazwą homo sovieticus. Przodownice i przodownicy pracy społecznej mieli z chęcią budować tę nową Polskę i w trakcie tej budowy czuć (choćby podprogowo) niechęć do wszystkiego, co zachodnie.
Kazimierz Brandys wypuścił sporo literatury wspomnieniowej w typie dzienników. Seria Miesiące opiewa na dwa tomy: lata 1978-1981 oraz 1982-1987. Zapiski te oczywiście dotyczą czasu, kiedy autor był już w opozycji do władzy. Gdy był gloryfikatorem władzy, jednym z tych wyjątkowo ohydnych - to niestety ówczesnych dzienników nie wydał. Swych dni dożył w sumie w najbezpieczniejszy dla siebie sposób - ponad 17 lat emigracji w Paryżu.
.
.
OCENA: 5/10 (przeciętna)
TYTUŁ: Co nie jest prawdą. Notatki z lektur i życia
AUTOR: Kazimierz Brandys
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIASTO: Warszawa
ILOŚĆ STRON: 160
ROK: 2003
Egzemplarz uratowany przed biblioteczną utylizacją

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz