sobota, 31 października 2026

(Moje) 25 lat z zespołem Ocean

Szukając pewnych informacji w temacie Macieja Maleńczuka - mojego Idola Idolów - natrafiłem na ciekawą i zarazem przedziwną książkę pełną rozmów z szeroko pojętym (nie tylko polskim) ówczesnym niezależem. Ówczesnym, bo książka została wydana w 2010 roku. Bardzo dawno temu; naprawdę dawno i z perspektywy tego czasu można zestaw ludzki tychże pogadanek określić jako paczka muzyków sceny niezależnej. Rozmowy sięgają nawet 2005 roku. Dwie dekady nazad... Epoka. Nie tylko w muzyce. Część okładkowych nazwisk przestała być alternatywno-niezależna, bo najzwyczajniej dochrapali się wreszcie statusu Gwiazdy: Czesław Mozil tego najlepszym tutaj przykładem: pogadankę z nim zarejestrowano w czerwcu 2007, jeszcze przed wielkim "Debiutem". Bo Maleńczuk, Nosowska, T.Love, Soyka, Janerka... Choćby nie wiem jak kombinowali z alternatywą, gwiazdorzyli od dawna.
Droga druku owej publikacji jest naprawdę dziwaczna -  


- Wywiady bez kitu to zapis ponad 50 rozmów przeprowadzonych w ciągu ostatnich kliku lat z najważniejszymi osobistościami polskiej muzyki i nie tylko. Ich wypowiedzi odsłaniają nagą prawdę o rynku muzycznym. Pokazują, że bycie niezależnym artystą rzadko wiąże się ze sławą i bogactwem, a częściej jest ciężką pracą w trudnych warunkach za niewielkie pieniądze. Wszystkie rozmowy przeprowadzili dziennikarze niezależnego krakowskiego Radia Bez Kitu - legendarnej rozgłośni internetowej, która działa non-profit i dla wielu stała się przestrzenią do rozmawiania o muzyce "bez kitu".
 
A więc - rozmowy z krakowskiego radia wydaje Wydawnictwo Narbook z Jeleniej Góry... Gdzie Rzym, a gdzie Krym? - chce się wieszczem zapytać. Gdzie Kraków (nawet ten nowohucki), a gdzie Jelenia? Z piosenki wiadomo, że między oboma miastami podróżowało onegdaj małżeństwo Maleńczuków w pewnym (prawie) znanym teledysku. Cóż... Nie znalazło się w dawnej stolicy Polaków ani jedno "kultowe" krakowskie wydawnictwo, by uchować od zapomnienia kawałek historii polskiej muzyki nieradiowej. Musiała/chciała to zrobić Jelenia.

 
W książce, poza wywiadem z M. M. Maleńczukiem we wcieleniu Homo Twistowym... (tzn. Homo Twist, bo nazwy tej - co z owej rozmówki już wiadomo - się nie odmienia) przykuł moją uwagę ten z maja 2007 z grupą Ocean. Czytając, uświadomiłem sobie, że w tym roku minęło 25 lat od czasu założenia zespołu przez Macieja Wasio. Ćwierć wieku! Matko kochana! Od ćwierćwiecza mimochodem obserwuję muzyczno-producenckie sztuczki pana gitarzysty-wokalisty z cholernego Wrocławia. Dlaczego Wrocław zyskał w tym kontekście przymiotnik "cholerny"? Ano z faktu, że ludzie parający się we Wrocławiu muzyką heavy rockową, nigdy nie mieli szczęścia się przebić na sceny ogólnopolskie. W sensie, że warszawskie, bo tylko w Warszawie się robi tę karierę, albo przynajmniej przyjeżdża się zasiać  u cokołu Syrenki nieco fermentu i wraca nagrywać w rodzinne strony. Ale Wrocław? Tylu już przecież próbowało: Spisek, Cross, Nurt, Romuald i Roman... Jeden Borysewicz się gdzieś uchował, ale nie miał zespołu i został przygarnięty dopiero w Lublinie przez Budkę Suflera.
 
----------

Był październik albo listopad 2002 roku, gdy na słupie latarni oświetlającej wejście do Zespołu Szkół im. J. Wyżykowskiego zobaczyłem żółtą kartkę formatu A4 ze skserowaną informacją, że w Głogowie zagra wrocławski zespół Ocean. Wybrałem się z kumplami na ten koncert, kompletnie nie mając pojęcia, co tak naprawdę gra ta kapela. Sala MOK, scena, fotele, sporo młodzieży i przemyconych trunków. (Do dzisiaj przebija mi się w pamięci scena, gdy pan Bartek prawdopodobnie z panem Andrzejem co rusz wyciągali z plecaka butelkę z jabolem, pociągali z gwinta i równie zgrabnie chowali magiczny napój). Z samego koncertu do teraz zostały mi w pamięci trzy momenty: utwór „Dzień dobry” na powitanie, gdzieś dalej „Coś czego jeszcze nie znamy” i  - dla mnie absolutny strzał w twarz - zamroczenie i opadnięcie kopary przy „Elizabeth”. Na scenie jakiś okrągły podest, który wyglądał jak wiadro odwrócone do góry dnem. Na ów podest wchodzi Maciek Wasio i trzymając mikrofon oburącz wyśpiewuje pełen ekspresji refren. W tym momencie mnie zamurowało: - Chcę! Chcę mieć tę płytę w domu! Boże, co mam zrobić, gdzie ją dostać? Po wyjściu z MOK-u czym prędzej zerwałem z lampy wspomniane żółte info o koncercie. Bartek zobaczył i usłyszał mój zachwyt nad Oceanem i zaproponował, że nagra mi tę płytę. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba następnego dnia (pewnie w sobotę) miałem już wypalony CD-R w odtwarzaczu: "DZIEŃ DOBRY! TAK, TO ZNOWU JA; PRZYPATRZ  SIĘ DOBRZE"... 
 
Ocean to jeden z niewielu zespołów, który na mnie tak zadziałał. i po długich, długich latach jest to tak naprawdę ostatni (jak dotąd) band, który zrobił mi coś takiego - w sensie - "skrzywił" na resztę życia; ta twórczość zagnieździła mi się w żyłach, w duszy... Poszedłem na koncert nie znając ani zespołu, ani ich muzyki, a wyszedłem z manią posiadania albumu. W Głogowie panowie byli w sumie chyba cztery razy. Byłem na trzech koncertach. Z pierwszego występu mam (trochę pociętą) tę żółtą kartkę, która do teraz "robi" za wkładkę mojej wypalonej kopii ich debiutu.  

 
Drugi raz Ocean zahaczył o głogowskie peryferie Wrocławia promując „Depresyjne piosenki o niczym”. Był 4 listopada 2004 roku. Grali w podziemiach Starego Miasta. I był tam taki Paweł… Nie, no naprawdę towarzyszył mi  Paweł. Przyszliśmy delikatnie wcześniej i czekaliśmy na wejście. Zza ścian i drzwi było słychać próbę zespołu. Wtedy usłyszałem „Niekumacje” po raz pierwszy. Znów mną lekko wstrząsnęło. Tym razem po występie kupiłem oryginał „Depresyjnych...” w nowo otwartym Tesco. Na sam koncert wpadliśmy z Pawłem nieco „naoliwieni” - świeży dowód osobisty ma swoje prawa, można się zachłysnąć ową "dorosłością", która spada na ciebie z dnia na dzień, więc się ów plastik eksploatuje przy wszelakich stoiskach z monopolem. Alko poszło po żyłach, więc i zabawa fajnie się kleiła. Pamiętam, że w pogo szaleliśmy sami... Przez cały koncert. Śpiewałem każdy tekst z „Dwunastki”. To moje "wokalne" zaangażowanie poskutkowało tym, że w połowie koncertu Przemek Dąbrowski osobiście wręczył mi wyeksploatowaną pałkę perkusyjną, którą własnoręcznie połamał, napierdalając zdrowo po garach w tym piwnicznym pomieszczeniu 5x5. Zrobiłem sobie z niej mikrofon i śpiewałem resztę numerów z „12”. Ponoć wyglądało to trochę głupio, ale wtedy miałem to w dupie. Szalałem zahipnotyzowany niemal mantrowymi, mega zwolnionymi rytmami nowych numerów. Pałka jest dziś niemalże relikwią.
 

[13 maja 2006] - głogowski koncert nr 3 odbył się w  bocznej sali Miejskiego Ośrodka Kultury. W sali o nazwie Wentylatornia. Mam kilka zdjęć pstrykniętych aparatem na kliszę. Wyszły trochę... Po prostu jakkolwiek wyszły. Dobre takie, jak żadne.


----------

NIE NAPINAMY SIĘ
OCEAN 
(Maciej Wasio, Bartosz Kapłoński)
 
        Ocean to klasyczna grupa rockowa grająca na polskiej scenie muzycznej od 2001 roku. Nasze studio w budynku Interii na osiedlu Teatralnym odwiedzili przy okazji krakowskiego koncertu na trasie promującej album "Niecierpliwy dostaje mniej". 
Romuald Stankiewicz
maj 2007

Jesteście znani z tego, że dużo koncertujecie. Wczoraj zagraliście w Katowicach. Jakie wrażenia?
BK: Zawsze jest fajnie. Nie mamy frekwencji rzędu tysiąca osób, ale wszędzie gramy z przeświadczeniem, że w lokalu jest zerowy stan ludzi przypadkowych. Jeżeli już ktoś przychodzi to śpiewa, tańczy, recytuje.
MW: W Rzeszowie nawet jedna osoba stepowała.

Ostatnio nagrywaliście DVD w studio Telewizji Toya w Łodzi. Jak się tam pracowało?
BK: Studio Toya jest na poziomie europejskim. Inwestycje są naprawdę spore i efekt również imponujący. Świetne studio, fajne wyposażenie. Pracują tam ludzie z pasją. Mimo trudności technicznych było bardzo sympatycznie.
MW: O czwartej rano poprosiliśmy o zmianę mikrofonu do nagrywania stopy. Nawet o takiej porze obsługa była szczęśliwa, że może pomóc. W nocy były próby, potem krótka drzemka i koncert. Nagraliśmy 18-20 utworów. Na płytę wejdą najlepsze. Chcemy tam jeszcze zamieścić materiał wideo ze Slot Art Festival w Lubiążu. Dostaliśmy zgodę wszystkich wytwórni, żeby znalazły się tam również wszystkie nasze teledyski, co może być fajnym gadżetem dla słuchaczy. Wyciągniemy również różne kretynizmy z kaset mini DV, na których rejestrowaliśmy koncerty, żeby pokazać, jak to jest naprawdę w tym cyrku.

Czy koncert w studio Toya miał jakąś specjalną oprawę wizualną?
BK: Na scenie powiesiliśmy ogromny banner z okładką płyty, na której mężczyzna buja się na huśtawce. Ta postać była wielkości naszego perkusisty.

Na co dzień pracujecie poza branżą muzyczną. Dlaczego?
MW: Takie są realia. Nie ma co kijem odwracać nurtu rzeki. To, że mamy jakiś backup finansowy sprawia, że możemy sobie pewne rzeczy odpuszczać i nie napinać się zbędnie. Nie musimy pisać przebojów na lato, żeby zagrać na dniach Żyrzyna.

Wydaliście trzy płyty w dużych wytwórniach. Jak godzicie aktywność muzyczną z inną pracą?
MW: To kwestia organizacji. Ustalamy sobie okresy, w których gramy. To są imprezy majowe, czyli juwenalia, bo głównymi słuchaczami są studenci. Jesienią gramy w klubach. W ten sposób można to wygodnie wstawić w życiowy program.

Dużo osób narzeka, że trudno jest w Polsce tworzyć i promować muzykę. Nie mają racji?
BK: To bardzo polska domena. Ludzie w tym kraju są przyzwyczajeni do narzekania, bo łatwiej jest narzekać, niż coś robić.
MW: Trzeba pamiętać o masie ludzi, którzy przeprowadzili się do Babilonu, czyli do Warszawy, żeby robić karierę. Okazuje się, że ta kariera idzie słabo. Ludzie ze szczytów list przebojów ciułają na masełko do chleba.

Jakie najnowsze płyty przypadły wam do gustu?
MW: Ostatnio słucham Deftones. Od wielu lat jestem również fanem Snow Patrol. Cieszę się bardzo, że wreszcie zrobili dużą karierę. Ostatnio w telewizji widziałem teledysk zespołu Bodyrocks i jestem zmiażdżony.
BK: Odkąd odcięto mi kablówkę, nie jestem na bieżąco w nowościach. Słucham tego, co mam w domu. Zupełnie inne rejony niż Maciek, raczej delikatne. Na przykład mam wszystkie płyty The Cardigans.

Opowiedzcie o początkach zespołu. Wiem tylko, że było to w 2001 roku.
MW: A dokładniej w kwietniu. Wówczas z Przemkiem Dąbrowskim grałem we Wrocławiu w zespole Raf. Pojawiły się chore konflikty i stwierdziliśmy, że pogramy sobie gdzie indziej, na luzie, ze znajomymi. Każdy wtedy robił coś w innych formacjach, a to stało się naszą odskocznią. Spotykaliśmy się w kanciapie, żeby pohałasować. Zrobiliśmy 2-3 numery.. Nagle okazało się, że to nas coraz bardziej wkręca. Powoli zaczęliśmy rezygnować z pobocznych zajęć i traktować Ocean priorytetowo.

Najnowszy krążek Oceanu Niecierpliwy dostaje mniej jest dużo bardziej optymistyczny od poprzednich płyt. Co sprawiło, że wstąpił w was taki optymizm?
MW: Zwykle jesteśmy lekko szurnięci, wesołe z nas chłopy. Jednak pokićkało mi się trochę w życiu w czasie pisania tekstów do płyty Depresyjne piosenki o niczym i dlatego jest ona wyjątkowa oraz inna od tego, jacy jesteśmy. Stąd ten kontrast.

Maćku, w jednym z tekstów piszesz: "To, co ma być, to ma być / I tak już będzie / A co ma nam przynieść czas / W końcu nadejdzie". Czy wierzysz zatem w przeznaczenie?
MW: Raczej nie. To bardziej rada, żeby nie napinać się niepotrzebnie, bo to nic nie zmieni. Nerwowe ruchy, dziwna pogoń za czymś i chęć zmiany pewnych zasad niespecjalnie przynoszą efekty. Czasami trzeba swoje odczekać. Nie mówię tutaj o pasywności i lenistwie, tylko o tym, żeby nie przegiąć w drugą stronę. Jak tworzysz tekst, to ciężko sobie założyć, że teraz napiszę na przykład o zielonym kasztanie. Wylewasz coś, co generowało się w twojej głowie przez jakiś czas.
 
 
 
BK: Odróżniłbym napinanie się od olewki, bo tak by to można było zrozumieć. To nie znaczy, że się nie staramy, żeby nasza muzyka była jak najbardziej fajna. Samo nic z nieba nie spada. Jednak niezależnie od tego, co robisz - czy jesteś sportowcem, poetą, czy kimkolwiek - to bezsensowny stres raczej ci nie pomoże. Wręcz przeciwnie. Take it easy i będzie git.
MW: Be happy.

----------

Sztampa? Wywiad z muzykami, jakich wiele? Nie do końca - przynajmniej z mojego punktu widzenia i stopnia zainteresowania tematem - bo "wiosna 2001" z żółtego ksero zamienia się tutaj w konkretny miesiąc. Reakcja Artystyczna Potwór także przestała być po latach tylko czarnym napisem na żółtym tle, bo (dzięki staraniom Maćka??) wylądowała jakkolwiek na strimingach. Tylko jedna kompozycja, ale zawsze to coś... Omawiany koncert nigdy się na DVD (szeroko) nie ukazał. Ciekawe, która to wytwórnia położyła wielki, ciężki chuj na tę robotę i zajebała weto?? Kurwa, oto i jest muzyka niezależna - muzyka na której nikomu nie zależy. Zależy ewentualnie wydawcom, żeby ci jeszcze, artysto, dojebać, żebyś się czasami niczego na swoim artyzmie nie dorobił. Jakoś w 2012 roku zgłasza się do zespołu wysłannik wydawniczej potęgi światowej (Warner): "Fajnie gracie, tylko musicie zmieni nazwę, bo u nas oceanów jest od cholery, wysyłamy was do Stanów, tam nagrywacie płytę i pracujemy". Też bym się zachłysnął roztoczoną wizją i jakiś czas fruwał kilka centymetrów nad ziemią. 
 
 
Płyta nagrana, wydana, koncerty ruszają... i się w zasranym mejdżersie zmienia kierownictwo. Panowie wracają do punktu wyjścia... Tzn. lądują znów w Polsce, wracają do śpiewania po polsku i próbują rozkręcić tę karierę od początku. W lutym 2016 Wasio pojawia się w Eklektykonie, będąc gościem Marcina Kusego w Pierwszym Programie Polskiego Radia. Tematem audycji jest krążek "Demon i karzeł": Jest północ, zaczyna się audycja - jak zwykle słucham do snu na słuchawkach i... Nie mam tej audycji jak, oraz na czym nagrać, bo kiszę się wtedy w Żaganiu. Środek zimy, a ja leżę owinięty szczelnie kołdrą w cholernym domku letniskowym i nie mogę sobie tej pogawędki nagrać. Rozmowa znika. Na zawsze. Dopada ją niestety syndrom "lost media" - nie ma jej także w Polskim Radiu, w przepastnych archiwach z audycjami. Nie ma jej Maciek, nie ma jej też Marcin Kusy... Kurwa jego mać...
 
Po piętnastu latach znajomości Ocean/OCN, przyszło mi zobaczyć Maćka na jego terenie: we Wrocławiu. W sierpniu 2016 roku trio Wasio, Wojtanowski, Wilczek pod nazwą OCN rozkręcili festiwal Capital of Rock, grając przed Gojirą, Limp Bizkit i niemiecką potęgą industrialnego metalu – Rammstein. 


 

Jest maj 2017 roku... Na Fejsie wyskakuje mi powiadomienie... Jakby mnie ktoś zdzielił przez łeb... Tak celnie trafił mnie lider swoim oświadczeniem: (info o zakończeniu/zawieszeniu działalności Ocean)

Za oknem długo wypatrywana wiosna, kurz suspensu opadł, nadeszła więc pora na powiedzenie tego, co powiedziane być musi.

Ze względu na poważną rewolucję w życiu osobistym oraz odkładaną od dłuższego czasu chęć ruszenia w nowe rejony muzyczne, podjąłem decyzję o zawieszeniu działalności zespołu OCN. 
Wszelkiego typu pompatyczne zapowiedzi i niekończące się trasy pożegnalne niespecjalnie mieszczą w ramach naszego poczucia obciachu, stąd bez dodatkowej pompy potraktowaliśmy nasz koncert urodzinowy jako zamknięcie pewnego etapu i odwołaliśmy wszelkie obligacje koncertowe.

Oczywiście każdy z nas pozostaje aktywny artystycznie. Ja sam chcę zapewnić, że aktualnie trwa najbardziej twórczy okres w całym moim życiu. Po latach wygodnego lawirowania po środku swoich inspiracji, postanowiłem ruszyć w ich najbardziej skrajne zakamarki. Szczerze nie mogę się doczekać podzielenia się tym wszystkim z Wami.

Koniec jest zawsze początkiem czegoś nowego. Mam nadzieję, że dalej będziemy potrafili być razem.

Dzięki za wszystko i do zobaczenia.

Waciak

 

 

Nowymi rejonami muzycznymi okazały się połacie dobrze już Maciejowi znane - produkowanie muzyki dla innych, pisanie tekstów dla innych, komponowanie dla innych. W tamtym momencie miał jednak w swoim producenckim portfolio ledwie album Olafa Deriglasoffa - "Noże" (2011). Ruszył mimo wszystko z kopyta i w 2020 odbierał nagrodę Fryderyka za "najlepszy album blues", który wysmażył Jamalowi ("Czarny motyl"). Produkcyjnych krążków naliczyłem 11 - w tym "debiut" Olafowego Cyrku Deriglasoff oraz krążek, na który latami czekało ćwierć Polski - córka z ojcem wyśpiewują "Drogę". Bluesowo, rockowo, w chuj rzężąco-gitarowo. A riff i imitowane strunami na przesterze odgłosy przejeżdżającej karetki wypierdalają mnie z butów do teraz: "Echem zostawimy ślad". Żeby nie było za słodko, to trzeba zaznaczyć, że (stety/niestety) Maciej niejako "zakończył" wydawniczą karierę Kaśce Popowskiej. Od lat u pani Katarzyny muzyczna posucha, cisza. Za mało popu w popie, za spokojny, za bardzo wymagający, na mało melodyjny był/jest ten "Toast". A pozostali koledzy z kapeli? Taki Radek Owczarz gra sobie koncerty z Patrycją Markowską, przyjeżdża Pati na Dni Miasta, a na plakacie widnieje tylko jej osoba. O zespole cisza. I jak ja mam, kurwa, zgadnąć, że koncertowym pałkerem córki Markowskiego jest Radek?! "Demona i karła" do podpisu w każdym razie nie wziąłem. A "przybijaniem piątki" nie będę mu odwłoku zawracał. A Radkowi chciałem w tych Grębocicach złożyć dzięki za to, że odciągnął Maćka od stołu producenta, zaciągnął do kanciapy, gdzie panowie wysmażyli dźwięki "Zimowego snu" dla Lanberry.

Pan Piotr Wojtanowski bassuje natomiast w składzie pani Renaty Przemyk. Przyjeżdża owa ekipa któregoś roku na Stachuriadę i znów brakuje na plakacie promującym wydarzenie całego składu, który pani wokalistce towarzyszy. Quentin szalał na scenie, solóweczki uskuteczniał, a ja znowu nie byłem świadom, nie zabrałem więc żadnego oceanicznego digipacku w celu zdobycia autografu... Kurde, no są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy chodzą na koncerty by, poza słuchaniem muzyki, poobserwować poszczególnych muzyków, niekoniecznie wlepiając gały wyłącznie w te nasze pop-stars...

Trzecia gwiazdeczka - Oskar Podolski. Podróżuje sobie z Chylińską, nie wychodzi do ludzi po koncercie, nie szwenda się przed koncertem, w pompie ma ten cały motłoch, co to zwala się jednego wieczoru na tę gościówę z TVN-u. Wsiadają gwiazdory w te busiki i dawaj, ewakuacja z tego cholernego zadupia. I stałem z tym pieprzonym kompaktem "To my ludzie", wypatrywałem tego cholernego pałkera, co to będąc częścią Garwolińskiej kapeli Pivo, przecież i dla Głogowa kilka nut zostawił. A poza wszystkim również Oskarowi należą małe podziękowania za to, że na powrót Maciek założył prawilną elektryczną gitarę z przesterami i na chybcika, bez cyzelowania i bawienia się w laboratorium dźwięku przypierdolili panowie w ryj frytami supergrupy Milcz.



Wasio pokonał osobiste alko-demony i kace, które męczyły go od wielu lat (Jest taka rozmowa z Arturem Rawiczem dla Codziennej Gazety Muzycznej z roku 2014, w której Maciej jest niby wesołkowaty, ale już o tych kacach wspomina. Normalnie, przed kamerą, bez jakiejś wielkiej ściemy, acz bardzo to wyznanie podszyte jest żartem, formą lekkiej beczki... - a to już wówczas Maciek zabierał się do walki o zdrowie, by nie podzielić losu swojego ojca). Po ponad ośmiu latach „hibernacji” kapela niespodziewanie wróciła do wspólnego grania pod koniec 2023 roku w składzie: Maciej Wasio, Piotr "Quentin" Wojtanowski, Maciej Mąka i Radosław Owczarz. Puszczają w eter dwa single (w jednym gra nawet Łukasz Simlat - aktor ewidentnie jeśli nie znany z nazwiska, to przynajmniej kojarzony z facjaty), które rok później staną się częścią płyty "Stare dusze".  Ponoć do winylowej, mocno limitowanej wersji dołożyli panowie DVD z koncertem... Kurwa mać! Znowu mi zarejestrowane wideo przeszło  koło nosa, bo ni chuja winylowy nie jestem. Kupuję tylko te srebrne, śmieszne, plastikowe krążki audio... A DVD z edycji specjalnej "Waterfall" "zabejrzałem" na śmierć. Jest to niestety jeden jedyny wideo-występ, jaki udało mi się posiadać w ciągu minionych 25 lat śledzenia poczynań zespołu.
 
ALE! To, co Maciej zapowiadał podczas Świąt Bożego Narodzenia 2025 roku, w końcu się zmaterializowało - otóż koncert Oceanu z Jarocina '24 można kupić na stronie wrocławskiego wydawnictwa Interstellar Smoke Records, czyli tego samego, które wypuściło w formie kompaktów zarówno "Stare dusze" Oceanu, jak i "To my ludzie" muzycznego konglomeratu pod nazwą Milcz. Można więc kupić osobno ów Digital Versatile Disc, i to nie tylko w pakiecie z winylem!!
 
Przeczytałem rozmowę z książki Wydawnictwa Narbook i przypomniałem sobie o tym, że na przestrzeni dwudziestu lat wytwórnie zajmujące się Oceanem przecież nie próżnowały i raz za razem promocyjne materiały prasowe lądowały w rodzimej prasie muzycznej to tu, to tam. A że dość regularnie zdobywałem owe miesięczniki, to i Oceanu się sporo uchowało. Niniejszym więc wrzucam skany, coby ocalić od zapomnienia kawał historii wrocławskiego rocka. Jedno mnie niemożebnie irytuje: po wyzwoleniu się z oparów alkoholu Maciej znów przebąkuje coś o "muzycznej emeryturze". Nie chce się dziadowi nagrywać swoich rzeczy; bo że je tworzy, to wiadomo: jak coś ci siedzi w bani, piszesz  o tym, komponujesz piosenkę, i jeśli nawet tego nie wydajesz, to przynajmniej zapełniasz tą twórczością szuflady. Suma nałogów musi się jednak zgadzać, dlatego też żywię nadzieję, że Maciej Wasio odnajdzie pokłady nowej muzycznej chcicy, która niekoniecznie musi być wytwarzana/wywoływana wpływem procentów. 
 
A skoro już na tapet wjechał temat wywoływania, to idę w ten Halloweenowy wieczór powywoływać z głośników nieco oceanowej muzyki. Być może nawet odwiedzi mnie dziś duch Elizabeth... ELIZABETH! TWOJE IMIĘ DLA MNIE JEST MUZYKĄ I WIEM, ŻE ELIZABETH KIEDY RUNIE NIEBO JA CHCĘ BYĆ PRZY NIEJ


20 lat z twórczością zespołu Ocean/OCN w polskiej prasie muzycznej
 


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

(Moje) 25 lat z zespołem Ocean

Szukając pewnych informacji w temacie Macieja Maleńczuka - mojego Idola Idolów - natrafiłem na ciekawą i zarazem przedziwną książkę pełną ro...