sobota, 17 października 2026

SERGIUSZ PIASECKI - KOCHANEK WIELKIEJ NIEDŹWIEDZICY [wrażenia]

Porównałem kiedyś Macieja Maleńczuka do Francoisa Villona, używając do tego celu przykładów poematów obu autorów (Chamstwo w Państwie vs Wielki Testament). Lata później przyszedł moment na dokonanie pewnego rodzaju rewizji spojrzenia na takie akurat porównanie. Otóż o wiele bliżej losu tego średniowiecznego francuskiego poety był nie Pan Maleńczuk, a autor powieści zatytułowanej Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy, Sergiusz Piasecki. Skazany na szubienicę Villon, jako morderca-recydywista złożył w 1463 roku apelację od wyroku, przesyłając oskarżycielom rękopis Wielkiego Testamentu. Apelację uwzględniono i karę śmierci zamieniono na dekadę banicji z Paryża.
W lutym 1937 roku do Ciężkiego Więzienia na Świętym Krzyżu przybywa do Piaseckiego ówczesna szycha literatury polskiej - Melchior Wańkowicz i podpisuje z nim umowę na druk powieści, którą autor napisał w czasie odsiadki. 
 
 
 
W ten sposób Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy nie tylko wydostaje się poza więzienne mury, omijając tamtejszą cenzurę, ale także (po obszernych skróceniach) pojawia się w sprzedaży w formie jednotomowej powieści. Tytuł staje się rozchwytywany i  mimo całkiem pokaźnego na ówczesne czasy nakładu kilku tysięcy egzemplarzy, szybko znika z księgarń. Za swój  pisarski talent Piasecki zostaje nie tylko zwolniony z więzienia.
 
Nie byłoby oczywiście mojej lektury tej książki, gdyby nie polecajka od MM. Ostatnimi czasy tu i ówdzie Maciej półgębkiem wspominał, zachęcał, wyrażał uznanie dla postaci Sergiusza Piaseckiego i tejże właśnie powieści. Pierwszy raz takową zachęcankę usłyszałem z ust Macieja na Facebooku Biblioteki Kraków przy okazji akcji tamtejszej placówki czytelniczej ohasztagowanej jako #52 tygodnie z Biblioteką Kraków. Akcja miała miejsce w lutym '23, a MM opowiadał o powieści w te słowa:
            Chciałem polecić książkę, której nie napisał pisarz. Moim zdaniem najlepsze książki piszą ludzie, którzy nie są pisarzami. Bardzo dobrym przykładem jest tutaj "Don Kichot" i to była jedyna książka, jaką Cervantes napisał. Poza tym miał w życiu dużo kłopotów. W ogóle wydaje mi się, że najlepsze książki piszą ludzie, którzy mają dużo kłopotów, zwłaszcza, jeśli piszą o sobie i zwłaszcza, jeśli nie są pisarzami. Z tego powodu chciałem tutaj serdecznie polecić całkowicie prawdziwą, opisującą prawdziwe życie pogranicznika z lat 30 i 20. - książkę Sergiusza Piaseckiego pt. "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy".
            Jest to przemytnik, szpieg, bandyta, chuligan, birbant i jak się okazało, również artysta, który część swojego życia spędził jako przemytnik na granicy polsko-sowieckiej w latach 20. i 30. Miał na koncie kilkadziesiąt zabójstw i niezwykle barwny życiorys. I napisał właśnie tę książkę - "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy". I każdy, kto chciałby być mężczyzną, ale mu czegoś brakuje, powinien ją przeczytać.
 
W lutym 2023 roku jedynie zanotowałem w pamięci ów tytuł i jakoś tak uleciał mi z listy książek do wypożyczenia. Natomiast 2026 rok to przypominajka o Piaseckim już nie od Maleńczuka, a ze strony  polskiego Sejmu, który rok 2026 ustanowił rokiem Sergiusza Piaseckiego: 
 
Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, w uznaniu dla dorobku pisarskiego Sergiusza Piaseckiego, jego postawy patriotycznej i walki o polską wolność, ustanawia rok 2026 Rokiem Sergiusza Piaseckiego – uchwała z dnia 26 września 2025 r.
 
 
 
Sporo w tym temacie zadziałał prezydent Karol Nawrocki, który w lipcu 2024 roku, jako ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej, przeprowadził rozmowę z synem pisarza, która do dziś jest do obejrzenia na kanale IPN-u w serwisie YouTube. Oprócz propagowania pamięci o dorobku literackim, a także zawżdy na nowo wydawanych książkach Sergiusza Piaseckiego, Rok Piaseckiego przyniósł sprowadzenie szczątków polskiego pisarza z Wielkiej Brytanii na wojskowy cmentarz Powązkowski.
 
Polskiego? Z wyboru - owszem; z wychowania i otaczającego środowiska zupełnie nie. Bo Sierhij Piasecki to Białorusin. Z ojca - niby Polaka (nazwisko na to wskazuje), ale owa polska zubożała szlachta została do cna zrusyfikowana, i matki - służącej w domu Piaseckiego. Jest jedno słowo na określenie potomka z takiego "związku" - bękart. Na przełomie wieków, na ziemiach pod zaborami, takie korzenie już od zarania nie dawały większych szans na przeżycie. To, że Sergiusz nie umarł w ruskim bidulu, jest jego niebywałym szczęściem. To, że ojciec wychowywał go w domu, gdzie mówiło się wyłącznie po rosyjsku też nie zbliżało przyszłego pisarza do polskości. Piasecki języka polskiego nauczył się w polskim więzieniu. Nauczył się go tak skutecznie, że zaczął pisać w naszym języku. Do tego napisał powieść, która okazała się być niemałym sukcesem wydawniczym! A to nie wszystko - dzięki owej powieści uzyskał zwolnienie z więzienia! Geniusz! Polski Villon!

Facet leżał sobie na pryczy i w sześć tygodni trzasnął trzyczęściową powieść - w sumie 45 rozdziałów (po 15 na tom). Potem przyszedł Wańkowicz, zaproponował, że poskraca to i owo, coby wszystko zmieściło się w jednym wydaniu - "by nie zniechęcać czytelników wielotomowym, rozczłonkowanym dziełem" - a później puści w obieg. Umowę sfinalizowano. Po wielu, wielu latach, w 1963 roku, gdy Piasecki mieszkał już w Wielkiej Brytanii, zaproponowano mu wznowienie tejże powieści. To właśnie wówczas autor ponarzekał we wstępie nowego wydania, że Wańkowicz zrobił go w jajo tym, jak nieumiejętnie wycięto spore partie tekstu, a wraz z nimi całą wartką akcję poszczególnych rozdziałów. 
 
 
Mimo tych okaleczeń powieść - jak wspomniałem - sprzedawała się bardzo dobrze. Edycja powieści, którą miałem okazję czytać jest wznowieniem tego odnowionego przez samego autora w 1963 roku wydania. Trzy części po 15 rozdziałów każdy. Każdy rozdział o objętości ok. dziesięciu stron. Jak w wojsku. Konkret. Tu nie ma dłużyzn, rozwleczonej opisówki, etc. Samo gęste leci. Jeśli już się opisy trafiają - są znakomite. Na punkcie samych opisów mam prywatne spaczenie związane z powieścią Chłopi od Reymonta.  A że Reymontowskie opisy dostały Nobla, to wyżej, lepiej, bardziej już się nie da. A Sergiusz Piasecki opisówką zaskoczył mnie przynajmniej dwa razy tak, że się właśnie jak w świecie pana Władysława poczułem:
 
                1) o zamieci śnieżnej: Po pewnym czasie zawieja obróciła się w huragan. Wokoło dziwa się działy. Wiatr nagle zrywał śnieg z olbrzymich przestrzeni i unosił go wysoko w górę, a my, zmęczeni, oślepieni, szliśmy po zlodowaciałej grudzie... ślizgaliśmy się, padaliśmy. Po kilku minutach huragan rzucał nam na głowy masy śniegu, którą przed chwilą kotłował w powietrzu, i byliśmy czasem po szyję zasypani lotną, drgającą masą. Zatrzymywaliśmy się, odpoczywaliśmy. Potem powoli, krok za krokiem, ruszaliśmy dalej, tonąc w śnieżnych górach. Huragan, zdawało się, postawił sobie za cel nie dojść nam dojść do punktu... Zaczyna pchać nas z tyłu, niby pomagając iść. Pcha mocniej, mocniej i nagle ze świstem i chichotem usuwa się na bok, a my, nie oczekując tego, padamy w tył. Potem na kilkanaście sekund się zaczaja. A gdy wstajemy i zaczynamy iść, jednym uderzeniem z przodu zmusza nas do postoju. Po pewnym czasie, pochyleni naprzód, próbujemy iść dalej; szeroko rozkładamy ręce, aby zachować równowagę. Wygląda to tak, jakbyśmy płynęli w olbrzymim, białym wirze. Wówczas wicher mknie w górę, śmieje się wesoło, triumfująco, a my padamy, ociekając potem, ledwie mogąc dech złapać. Siedzimy w śniegu. A wicher hula w górze. Udaje, że nie zwraca na nas uwagi, że tylko bawi się: śpiewa, pogwizduje, śmieje się, lekko powiewa i ugania się za płatkami śniegu. Wstajemy. Udawanie jego pryska... i on też wstaje. Wściekły, zimny, ostry, nielitościwy. Pierwsze uderzenie kieruje nam w oczy. Pochylamy głowy, witamy go i błagamy. On nie daj się uprosić... Mało jednej zaspy, więc wściekły, zły, zbiera cały śnieg z kilometrowej przestrzeni pola i wali ten potop nam na głowy. Teraz nie słyszymy, jak triumfuje, jak huczy, jak ryczy... Jesteśmy ogłuszeni i oślepieni. Zachłystujemy się drobnym, ostrym śniegiem.
 
                2) o wietrze po raz drugi:  Zrywa się wiatr i pędzi górą, po wierzchołkach drzew, wypełniając las jękliwym poszumem. Zapada zmierzch. Z trudem znajduję drogę między drzewami. Nagle spada na las długa, zielona błyskawica. Nisko, jak spod ziemi, huczy grzmot i ciężkimi falami płynie w mrok... Druga błyskawica, żółta, pruje powietrze... Trzecia, czerwona, wybucha jak rakieta... Czwarta, złota, przetyka daleko mrok... Piąta, biała, zrywa noc z ziemi i przez pewien czas widzę wyraziście każdy pień, każdą gałąź, każdy liść... A potem błyskawice spadają nieustannie. Splatają się, wymijają... Mkną jedna za drugą. Rozrzucają między drzewami potoki światła. Powietrze wibruje... Drzewa drżą. Nawałnica... Wiatr łamie gałęzie i obala na ziemię drzewa. Błyskawice rozbijają w drzazgi najpotężniejsze sosny, jodły i brzozy. Las dygocze...
                Idę wciąż naprzód. Z góry, na głowę, lecą złamane gałęzie. Gdzieś padają drzewa. Górą migoczą błyskawice. Trwożny poszum lasu zlewa się ze świstem wiatru i huczeniem grzmotów. Niosę w ręce latarkę, lecz nie potrzebuję nią świecić. Błyskawice rozwidniają mi drogę. Wreszcie wychodzę na skraj lasu. Idę polem. Tutaj bezpieczniej: nie przydusi złamane drzewo, nie uderzy spadająca gałąź. Rozpoczyna się ulewa. Polami płyną potoki. Wkrótce jestem zupełnie mokry.
 
---
 
Bohaterem powieści jest 23-letni Władysław Łabrowicz. Wolny strzelec, niebieski ptak, który łapie się do bandy przemytników niejakiego Józefa Trofidy, aby szmuglować towary przez polsko-sowiecką granicę. Czyli opisywane są pola i lasy wschodnich rubieży ówczesnej ojczyzny. Za busolę, której młodzian w terenie nie posiada, służy mu niebo, a na nim siedem gwiazd Wielkiego Wozu z konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy, wskazujących kierunek północny: - pierwszą z góry od lewej nazywam Ewa; drugą Irena; trzecią Zofia; czwartą (przednie górne koło wozu) Maria; piątą (dolne koło) Helena; szóstą (tylne górne koło) Lidia, wreszcie siódmą (dolne koło) Leonia.
                Jak to u przemytników - prowadzi Władek hulaszczy tryb życia. Za swe wyskoki często musi ukrywać się poza miastem. Mimo takich niedogodności facet wszystko ma i wszystko może załatwić niemal z dnia na dzień - od ręki, na już. No szpieg, jak się patrzy. A że sobie Łabrowicz jeszcze dorobi na granicy, tym dla niego lepiej. Przynajmniej materialnie. Czy Łabrowicz, też do końca nie wiemy, bo Władek potrafi przedstawić się nowo poznanym jako Antoni Piotrowski. Z Władkiem spotykamy się na granicy jesienią 1921 roku, a żegnamy się z nim w listopadzie roku 1924. Akcja toczy się na ziemiach białorusko-polsko-litewskich: przekraczamy z bohaterami dwie rzeki - Isłocz i Ptycz. Bujamy się po wsiach Wołkowszczyzna, Radoszkowicze, Duszkowo, rodzimej Słobódce i sowieckich wówczas miastach - Grodnie, Wilnie, etc. Oj, do jednego miasta główny bohater ewidentnie nie zapałał najmniejszą sympatią; mianowicie do Wilna. Zwyzywał nasz szmugler i urbanistykę i mieszkańców. Dogadywał im na kształt Tuwima:



Władkowi przez cały ten okres towarzyszy najpierw kumpel, a później niemalże przyjaciel o ksywie Szczur. Pomijając wzrost, Piasecki opisał współtowarzysza tak, że przez cały czas czytania miałem w głowie wypisz-wymaluj obraz Maleńczuka: Szczur - średniego wzrostu, szczupły przemytnik, bardzo śmiały  i sprytny. Myślałem, że jest zdolny tylko do robienia burd, a on prowadzi nas tak ostrożnie i cicho, że nie znajduję wyrazów dla mego podziwu.. A jednocześnie wykazuje brawurową odwagę. Wystarczy zamienić ten średni wzrost na 193 cm i mamy Pana Maleńczuka jak się patrzy. Perypetie więzienne głównego bohatera to też niczego sobie opowiastki wyjęte jakby z życiorysu Macieja:
marzec 1923 - pierwszy raz w areszcie - "Zlazł z pryczy i duży, kościsty, przeraźliwie chudy, zaczął człapać buciorami po celi" - Jak ten gad, co kamaszami stuka po betonce w Ostatniej nocce.
 
Są też w tej książce momenty więziennej zadumy: Rozmowy obracały się zwykle wokoło kilku zasadniczych tematów: jedzenie, "roboty", kobiety, sprawy sądowe, administracja więzienna. Mnie rozmowy te nudziły. Tęskniłem strasznie za wolnością i chudłem coraz bardziej... Siadałem zwykle na parapecie i godzinami patrzyłem w daleki błękit nieba. O czym ja wówczas myślałem? Nie wiem... Zapominałem wtedy o wszystkim. Pewnego razu podszedł do mnie Błast. Był to smoleński złodziej.
- Ty, chłopaku, nie myśl tak... "zaminżujesz się!". W okno też nie patrz! Pies ich drapał... A grunt: nie myśl.
- Cóż robić?
- Graj w karty, śpiewaj, rób cokolwiek... Ja kiedyś tak samo. Nic z tego.
 
MM opowiedział kiedyś w Superstacji Wojciechowi Jagielskiemu o takich smętnych momentach za kratami w Stargardzie Szczecińskim, kiedy to odbywał karę pozbawienia wolności za odmowę służby wojskowej, czasami też zbyt długo patrząc w zakratowane okno. Na takie okienne zawieszki najskuteczniejsza okazywała się tzw. "blacha na odmulenie":  
 
                Więźniowie-koledzy nie dadzą ci się za bardzo zagłębić w myślach. To jest niebezpieczne: może prowadzić do jakichś prób samobójczych, do popadania w depresję, itd. A ktoś z depresją będzie nam utrudniał odbywanie kary, która i tak jest długa i uciążliwa, więc taki człowiek nie ma prawa się zamyślać, nie ma prawa zbyt długo patrzeć w okno, bo podejdzie starszy więzień i strzeli ci blachę. Strzeli cię płaską dłonią w czoło... Ale, umówmy się, że jak ma taką łapę, jak bochen, a potrafi taką mieć, to, po prostu, wszystkie gwiazdy zobaczysz. Ja uznaję to za rodzaj buddyzmu... Tzw. buddyjski strzał; oświecenie. Widzisz jasność, widzisz wszystkie gwiazdy i całkowicie zapominasz o... No, najczęściej ogarnia cię wściekłość na tego, kto to zrobił, nie? Ale ponieważ jesteś niżej w hierarchii, nic nie możesz na to poradzić... Nie może młody starego trzepnąć, nie? Stary młodego może tylko trzepnąć; wtedy musisz już przełknąć tę żabę. I tak się zdenerwowałeś, tak go nienawidzisz, tak chcesz go zabić (a nie możesz), że całkowicie zapomniałeś o tej dziewczynie, co właśnie się dowiedziałeś, że puściła cię w trąbę z milicjantem.
 
W sumie po porządnej "blasze na odmulenie" można by zobaczyć przed oczami nie tylko siedem gwiazd Wielkiego Wozu, ale i większość tychże płonących kul gazowych oddalonych o miliony mil, a ciągle jednak leżących w tej samej konstelacji - Wielkiej Niedźwiedzicy - jednym z największych i najbardziej rozpoznawalnych gwiazdozbiorów na północnym niebie.


.
.
.
 
OCENA: 6/10 (dobra)

TYTUŁ:   Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy
AUTOR: Sergiusz Piasecki
WYDAWNICTWO: LTW
MIASTO: Dziekanów Leśny / Łomianki
ILOŚĆ STRON:   328
 ROK:   2019
 
Egzemplarz wypożyczony z biblioteki 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SERGIUSZ PIASECKI - KOCHANEK WIELKIEJ NIEDŹWIEDZICY [wrażenia]

Porównałem kiedyś Macieja Maleńczuka do Francoisa Villona, używając do tego celu przykładów poematów obu autorów ( Chamstwo w Państwie vs ...