Pilot był pijany, w dodatku ssał porost. Chwiał się na trapie, gdy technicy, nawaleni jak on, błyskając niebieskimi uśmiechami, podprowadzili rakietę na miejsce startu. Była to nieprawdopodobnie dziwaczna maszyna. Potwornie długi i wąski jednocześnie pojazd był niczym ogromna igła godząca w nieboskłon. Szesnaście luków wejściowych, umieszczonych pionowo, nadawało jej kształt monstrualnego instrumentu. Srebrny, otarty przy ładowniach kadłub dodawał dostojeństwa tej pysznej konstrukcji – dziełu egzotycznego projektanta, który nie znał umiaru, i kolejnego szaleńca, który postanowił ten pojazd zbudować, a tym samym zaprzeczyć szaleństwu tamtego.
- Nie mogę uwierzyć w to, co widzę – Niwa wytrzeszczył oczy ze zdumienia.
- Latał pan kiedyś czymś takim? – zwrócił się do pilota.
- Pierwszy raz widzę to na oczy – wybełkotał pilot.






