piątek, 23 stycznia 2026

MARCIN MISZTALSKI & PRIMO MEN - NAPAD NA BANK. PRAWDZIWA HISTORIA GANGU ALBANII [wrażenia]

Książka wpadła do mnie zupełnie niespodziewanie w trakcie przedświątecznej wizyty w owadzim dyskoncie. Od czasów popandemicznych nie wyciągnąłem z takiego kartonowego kosza wielu interesujących mnie tytułów. Bo książki to może i były, ale ceny wcale nie koszowe, a w tym przypadku na tył naklejona dycha. Sprawdziłem rok wydania - 2024 - i jeszcze przed włożeniem do koszyka zacząłem się zastanawiać, co poszło nie tak w przypadku tej książki i tematu w niej podjętego. Nieczęsto (a w praktyce wcale) zdarza się, że wydawca po roku od wydania puszcza książkę na przecenę -70%. A tu jeszcze rzecz od wydawnictwa SQN - lidera na dzisiejszym rynku polskich książek w temacie sportowym i muzycznym - lidera, jeśli nie sprzedażowego, to na pewno w sektorze wachlarza tematycznego swoich publikacji. Coś się tu musiało niedobrego wydarzyć, skoro 12 miesięcy po wydaniu egzemplarz takiej książki ląduje w Biedronce w takiej cenie.


Po pierwsze autor tej publikacji - Marcin Misztalski. Jeśli na skrzydełku wydawca pisze o dziennikarzu muzycznym, że ten pracował w takim i takim wydawnictwie, wydał takie i takie książki, że przeprowadzał wywiady dla takiej i takiej gazety to w porządku - czytelnik musi sobie gdzieś tego autora umiejscowić w przestrzeni medialnej. Natomiast wypisanie mrowia imion i nazwisk osób (sportowców, filmowców i muzyków) z którymi Misztalski rozmawiał jest zabiegiem dziwacznym. Dziennikarz  rozmawia. Gada z tabunami muzyków, aktorów, reżyserów, sportowców i robi z tego artykuły, wywiady i książki. Wszystko wskazuje na to, że te nazwiska zostały wyłuszczone po to, by zapełnić czymkolwiek dorobek zawodowy pana Misztalskiego na tym nieszczęsnym skrzydełku. Ale jeśli już na skrzydełku trzeba tak grubo szyć, to co będzie wewnątrz?
 
Cóż, odbyło się zwyczajne w dzisiejszej rzeczywistości funkcjonowania polskiego rynku wydawniczego "pompowanie" książki. W wersji elektronicznej Napad na bank zajmuje jakieś 140 stron. Wersja papierowa ma ich ponad 280... Wydawca zamieścił, co prawda, dość sporo czarno-białych zdjęć, ale jest też "normalna", "śliska" wkładka z kolorowymi fotkami. Po co w nowej książce nowe (kolorowe) zdjęcia zmieniane są na czarno-białe i umieszczane na papierze, na którym wydrukowano tekst? Jest to oczywiście zabieg mający na celu wyłącznie owo "napompowanie" książki. Ale... Wydawca robi rzecz jasna to, czego oczekują dzisiejsi czytelnicy. Jeśli dziś np. powieść nie ma trzystu stron, czytelnik nie kupi jej, no bo "jak można nazwać powieścią coś, co ma np. 140 stron i kosztuje 50 zł? Przecież wiadomo, że jak chcę kupić powieść za pięć dych, to wybiorę coś, co ma 300, 400, 500 stron". Przecież "A jak królem a jak katem będziesz" Tadeusza Nowaka jest powieścią. Jest to gęsto zadrukowane 170 stron powieści właśnie. Czy ktoś się wówczas czepiał, że powieść nie może mieć mniej stron? Czytelnik się jednak zmienił przez te czterdzieści lat. No i wydawcy "pompują" już absolutnie każdy tytuł. Nawet zbiór opowiastek nagranych na dyktafon przy dużej latte z mlekiem gdzieś w centrum Warszawy. Bo tak wygląda książka Misztalskiego - dorwał dwie, trzy osoby na jedną albo dwie półtoragodzinne rozmowy przy kawce, nagrał wszystko telefonem i spisał fragmenty do książki. 
 

 
Dziwacznie czyta się książkę, gdzie na okładce widnieje (poza nazwiskiem spisującego) pseudonim jednego z przepytywanych, a więcej do powiedzenia miał inny z bohaterów zamieszania, jakim był onegdaj Gang Albanii. Na okładce mamy pseudonim Przemka Indyka (Primo Men), a najwięcej wydrukowano wypowiedzi producenta, Roberta Mączyńskiego (Rozbójnik Alibaba). Redaktorka - Anna Strożek - ewidentnie nie panowała nad konspektem książki, nad dziwacznymi zapędami Misztalskiego... Ale wydawca to przyklepał. Czytelnicy... Nie, nie sami czytelnicy... Kupujący książki konsumenci wydali wyrok na tę publikację - nie chciano jej kupować i po roku wylądowała tam, gdzie wylądowała; za jedną czwartą ceny. Nie piszę "jedną piątą", bo cena wydrukowana na okładce to fikcja polskiego rynku wydawniczego. No, chyba, że ktoś kupuje książki w stacjonarnych Empikach, lubi słono przepłacić, nie szukając tych samych pozycji w internetowych księgarniach.

Temat książki jest mi oczywiście znany, nawet bardzo. Załapałem się na sam początek internetowego zamieszania związanego z Popkiem w roli głównej. Teledysk utworu Napad na bank za sprawą mojego brata wielokrotnie pojawiał mi się przed oczami. Co i rusz brat przesyłał go za pomocą telefonu na ekran telewizora wiszącego na ścianie w pokoju. I chcąc nie chcąc - oglądałem, słuchałem, przyglądałem się Popkowi. Widziałem wydziaranego koksa z pociętą mordą w repertuarze typu Zenon Martyniuk. Odznaczały się od tej całości jedynie podkłady muzyczne, bo robione przez Roberta M. - wówczas zwanego Rozbójnikiem Alibabą, który zamienił dance'owo-klubowy rave na melodyjny para rap. Internetowa aura tajemniczości Popka weszła wówczas na pełnej. Przecież nawet z nazwiskiem tego gościa z Legnicy było zamieszanie. Dzięki tej książce czytelnicy dowiedzieli się, że nie tylko fani mieli problem z odszyfrowaniem nazwiska swojego nowego idola, błądziły nawet służby specjalne, które "tropiły" Pawła europejskim listem gończym. Figurant nazywał się Rak, po ojcu Mikołajów i to złodzieja samochodów o takich danych szukała policja. Urzędowy błąd w nowych dokumentach - Mikołajuw - postanowili wykorzystać mecenasi, by sprowadzić Popka z Londynu do Polski.

Teledyski to jedno, ale była też legendarna płyta z czerwoną kominiarą na okładce, zamówiona przez brata w pre-orderze, gdzie wydawca dołączył spis fanów (w formie listu gończego), którzy wsparli projekt wydania krążka za pomocą przedsprzedaży , a także instrumentalne podkłady w postaci plików mp3. I to właśnie wspomnienia sprzed dekady były głównym motorem napędowym wyszarpania ostatniego egzemplarza tejże publikacji z biedronkowego kosza. 
 
 

 
 
Skąd się w ogóle wzięła nazwa Gang Albanii? Był kiedyś na polskim rynku muzycznym hip-hopowy projekt Donatana. Producent postanowił zaprosić śmietankę ówczesnych rodzimych raperów. Płyta zatytułowana Równonoc. Słowiańska dusza rozbiła ówczesny bank - sprzedał się diamentowy nakład fizycznych egzemplarzy albumu. Zadanie było takie, by powtórzyć, albo przebić sukces Donatana. Rękawicę podjął Robert M. Początkowo Popek miał być w tym projekcie "Królem Albanii" wokół którego miała się zebrać śmietanka polskich raperów nazwana Gangiem. Pierwotnie miało być jak u Donatana właśnie - kilkunastu rozpoznawalnych rymujących panów, którzy zarapują w towarzystwie Popka. Ostał się jeden - Borixon. Wcześniej miał być Bezczel. Zostało jak zostało - "trzech chorych Albańców", "dwóch chorych MC, chory producent, muzyczne pierdolnięcie".
 
Treść tej książki jest nawet okej, ale forma i sposób przedstawienia jest zabiegiem przeciętnym. Bo naprawdę nie trzeba było z tego robić książki - półtoragodzinny podcast w zupełności by wystarczył. Równie dobrze autor mógł spisać pytania i odpowiedzi z rozmowy Popka z Żurnalistą (którego podcast jest na kartach tej książki wspomniany), albo przynajmniej taką transkrypcję dołączyć do objętości książki. Nie trzeba by jej wówczas tak "pompować". Skoro swego czasu Hubert Kęska (wydając także w SQN) dał radę w całości "przepisać" teksty rapowane na bitwie płockiej i zrobić z tego pokaźny rozdział swojej książki, to dlaczego Marcin Misztalski nie mógł powtórzyć patentu? Albo chociaż dodać obszerne fragmenty jakichś innych wywiadów z Popkiem z przestrzeni internetowej, bo ani Popek, ani Borixon się do książki Misztalskiego nie wypowiedzieli.
 

 
Ciekawe, czy Donatan dostał jakiś procent od zysków ze sprzedaży samej płyty? Taki dżentelmeński gest - za pomysł, za bycie tym, którego spróbujemy prześcignąć...

.
OCENA: 5/10 (przeciętna)

TYTUŁ: Napad na bank. Prawdziwa historia Gangu Albanii
AUTORMarcin Misztalski / Primo Men
WYDAWNICTWO:   SQN
MIASTO: KRAKÓW
ILOŚĆ STRON:   288
 ROK:   2024
CENA: 10 zł
 
 
Gwiazdka 2025

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

MARCIN MISZTALSKI & PRIMO MEN - NAPAD NA BANK. PRAWDZIWA HISTORIA GANGU ALBANII [wrażenia]

Książka wpadła do mnie zupełnie niespodziewanie w trakcie przedświątecznej wizyty w owadzim dyskoncie. Od czasów popandemicznych nie wyciągn...